Maroko

Jak dobrze zacząć nowy rok? Z przytupem! A najlepiej z PODRÓŻNICZYM przytupem.

Zwiedzając Jordanię, często słyszałem, że Maroko jest bardzo podobne do tego kraju. Ciekawość wygrała i w końcu odwiedziłem Maroko. Kraj pod względem krajobrazu bardzo zróżnicowany, od wybrzeża, pustynie, równiny, aż po góry wysokie. Przed wyjazdem czytałem, że Maroko słynie z kolorów oraz przypraw, które dodają lokalnym potrawom intensywnego smaku. Jednak głównym naszym celem było zdobycie najwyższego szczytu Maroka, a zarazem najwyższego szczytu Afryki Północnej – Dżabal Toubkal. Czy daliśmy radę wejść na wysokość 4 167 m. n.p.m.? Nie było innej opcji, bo byliśmy bardzo zmotywowani, lecz łatwo nie było, ale to opiszę to poniżej.

Przylecieliśmy do Marrakeszu już drugiego dnia 2023 roku. Szybkie wieczorne obeznanie okolicy i lokalna kolacja, żeby pełni sił drugiego dnia ruszyć na podbój Marrakeszu. Wiedzieliśmy mniej więcej co chcemy zobaczyć w tym mieście i punkt za punktem podziwialiśmy to miasto. Dżamaa al. Fina – największy plac w marrakeskiej medynie, który szczególnie tętni życiem wieczorem i też jedna z większych atrakcji tego miasta. Fajne uczucie przejść się wieczorem po tak gwarnym miejscu. A co oprócz Placu Dżamaa al.-Fina zobaczyliśmy jeszcze? Medersa Ben Youssef’a, Pałac Bahina, medyna i ogrody Majorelle. Wszystkie te atrakcje zwiedzaliśmy z mega podziwem, a tym bardziej, że większość z tych miejsc było bardzo fotogeniczne – a w ekipie było 3 fotografów, więc byliśmy w niebie. Oczywiście nie mogliśmy też pominąć Muzeum Fotografii, gdzie zobaczyliśmy znane fotografie z Marrakeszu sprzed lat. Oczywiście w pierwszy dzień nie mogło zabraknąć lokalnej kuchni, więc od razu próbowaliśmy jednego z najbardziej popularnych dań – Tajin’a (Tadżina), czyli duszonego w specjalnym naczyniu – tadżinie, mięso oraz warzyw, podawanych z ichniejszym chlebkiem. Dla mnie osobiście Marrakesz bardzo się spodobał. Gwar, różne zapachy, super zabytki oraz klimat muzułmański, gdzie w tle wieczorem słychać na całe miasto nawoływania do modlitwy.

Następny dzień to podróż prawie 600 km na północ kraju do niebieskiego miasteczka Chefchausen (znanego również jako Al.-Ujun). Północ kraju, i można było odczuć minimalne ochłodzenie klimatu. W tym miasteczku jadłem jednego z dwóch najlepszych Tajin’ów w Maroko – z tuńczykiem. Urokliwe małe miasteczko, które zwiedziliśmy w jeden dzień, jednak bardzo nam się spodobało, a to za sprawą tego, że wszystkie budynki były pomalowane na niebiesko. Robiło to wrażenie i miło się chodziło po uliczkach tego małego miasteczka. A zwieńczeniem tego dnia był zachód słońca na pagórku, z którego rozpościerał się widok na całe miasteczko, oraz na góry za którymi zachodziło słońce. Mieliśmy swoją shisze, więc chill w takich okolicznościach był MEGAA!

Po zachodzie słońca w niebieskim miasteczku ruszyliśmy do następnego miasteczka, żeby móc zwiedzać Fez od samego rana. I to był świetny pomysł, ale droga z Al.-Ujun do Fezu już nie była taka ciekawa, duża część drogi szutrowa, a nam działało tylko prawe światło mijania, więc nocna droga była ciekawa. Po drodze zatrzymaliśmy się w małej wiosce, żeby coś zjeść i trafiliśmy na mega lokalną knajpkę, gdzie zjedliśmy mega dobrą lokalną zupę Harirę i kebsa prosto z grilla. Był tak dobry, ze poprosiliśmy z Łukaszem o dokładkę. Przyjechaliśmy do Fezu grubo po północy, ale wchodząc do naszego riadu (marokańskie domy przekształcone na hotele, noclegi dla turystów) to bylyśmy pod zachwytem, jeden z lepszych noclegów w Maroku, mieliśmy nawet basen w środku, a to wszystko w Marokańskim stylu. Samo zwiedzanie Fezu bardzo intensywne. Wyczytaliśmy, że warto sobie wynająć lokalnego przewodnika, żeby nie gubić się w wąskich uliczkach, ale stwierdziliśmy, że damy radę, mamy przecież Google Maps i Maps.me. Jednak było to złudne myślenie, nawet te mapy nie dawały rady i kilka razy zabłądziliśmy. Jednak błądzenie po uliczkach starej mediny miało swój urok, przez co właśnie jednym z głównych wspomnień z Fezu jest właśnie ta „atrakcja”. Zobaczyliśmy dwie garbarnie, to jaki tam był smród to było niewyobrażalne. Na szczęście w drugiej odwiedzonej przez nas garbarni dostaliśmy gałązkę mięty dla zabicia okropnego odoru. Troszkę pomogło. Porównując Marrakesz oraz Fez, to osobiście bardziej przypadło mi do gustu to pierwsze miasto, ale to prawdopodobnie przez to, że tam było pierwsze zetknięcie się z Marokiem i mega WOW. Fez jednak też bardzo ładny, więc jest to też miasto które warto odwiedzić w Maroku.

Następny dzień, wczesna pobudka i wyjazd na południowo-wschodnią część kraju, a dokładniej do Merzougi, wioski leżącej przy Saharze. Ogarnęliśmy sobie lokalnych kierowców, którzy przewożą nas off-road’em po Saharze, a przy okazji zawiozą nas w miejsce gdzie będzie ładny zachód słońca. Pustynia to następne miejsce w którym fotki wyszły SZTOS. Wieczór minął nam bardzo miło, pod gołym niebem, przy ognisku oraz z Beduinami, z którymi graliśmy razem na bębenkach. Niestety noc nie była taka ciekawa, nocka w campie pod namiotami, które nie były ogrzewane to też atrakcja dla wytrwałych. Temperatura około 0°C, więc żeby za bardzo nie wymarznąć, spaliśmy w bieliźnie termoaktywnej i bluzach i pod dwoma kocami. Niektórzy jeszcze mieli dodatkowo założona kurtkę i czapkę na głowie.

Następny dzień więc przenosiny znów do innego miasta. A dokładniej do Warzazat. Po drodze odwiedziliśmy małe miasteczko, żeby coś dobrego wszamać i kanion Todra Gorge. Następny dzień to zwiedzanie miasta Warzazat, w którym postawiliśmy już na wolniejsze zwiedzanie. Miasteczko lokalne, gdzie turystów nie było za wiele, ale odwiedziliśmy jedno fajne miejsce – Studio Filmowe Atlas, w którym kręcono wiele znanych filmów, a taki najbardziej chyba znany to „Gladiator”. Następnie przemieściliśmy się do miasteczka wpisanego na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO – Ait Ben Haddou. Dojechaliśmy na miejsce tuż po zachodzie słońca i stwierdziliśmy, że to miejsce ma swój urok i postanowiliśmy w nim nocować i wstać rano na wschód słońca – było WARTO.

Wyjazd zbliżał się ku końcowi, ale najważniejszy punkt wyprawy dopiero przed nami. Toubkal. Przemieszczając się krętymi drogami w stronę Imlil, wioski która znajduję się już na wysokości 1800m. n.p.m. i z której mieliśmy wyruszyć na trekking na Toubkal. Wieczór poświęciliśmy na wynajęcie sprzętu potrzebnego do treku w góry oraz na porządną kolację oraz zebraniem sił przed długo godzinnym trekiem.

2:30 budzik. Umycie się, zebranie, spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy i o 3:00 nasz przewodnik czekał już na nas pod naszym riadem. Początkowa część trasy przebiegała bardzo dobrze, w niecałe 4h pokonaliśmy trasę do schronisk, czyli z wysokości 1800m. na 3200m. n.p.m. na której znajdowało się schronisko. Szybkie tempo nadawał nasz przewodnik, który formę miał jak kozice górskie. Pomimo, że wejście na najwyższy szczyt Atlasu nie jest jakoś bardzo wymagający technicznie, to przewodnik niestety jest obowiązkowy, przez przykrą sytuację, która wydarzyła się w 2018 roku. Dwie młode Norweżki, w miejscu przez którym przechodzi się w drodze do schroniska, zostały zamordowane przez lokalnych ludzi. Przykra sytuacja. Nasz przewodnik to młody chłopak, który był wyrozumiały jak ktoś miał chwilowo wolniejsze tempo. Dotarliśmy do schroniska, śniadanie, które przygotowaliśmy (czyt. Ola) jeszcze w naszym riadzie i około 8:10 wyruszyliśmy w drugą część naszego treku, czyli atak szczytowy. Niby tylko, al. To było aż 1000 metrów przewyższenia. Było dużo momentów spadków motywacji, każdy opadał z sił z powodu wysokości, niektórzy czuli się słabiej, niektórzy odczuwali mniejszą ilość tlenu, przez co ciężej się oddychało, jednak jeden drugiego motywował nawzajem, bo mieliśmy ustalone, że albo wchodzimy całą naszą czwórką, albo się zawracamy. A przecież cel każdy miał ten sam. Toubkal i jego 4167m. Były już momenty, że przechodziliśmy 40-50 metrów i musieliśmy odpocząć, jednak chęć zdobycia tej „górki” była silniejsza. Po kilku godzinach, wielu momentach zawahania i chęci powrotu do schroniska, docieraliśmy już na szczyt, a słońce które pojawiło się zza gór dodawało nam dodatkowej motywacji. JEST! UDAŁO SIĘ! Pomimo, że każdy z nas miał inne tempo to na sam szczyt wchodziliśmy już razem, jeden obok drugiego. Szczęśliwi, zadowoleni, ogromnie zmęczeni i spełnieni. Na szczycie byliśmy sami. Nie było wielkiego mrozu na szczęście, wiec mieliśmy chwile, żeby chwilkę odpocząć, zebrać energię, uzupełnić cukry i oczywiście zrobić parę fotek. Niestety droga powrotna była gorsza niż samo wejście na szczyt. Pomimo tego, że objawy choroby wysokościowej nas opuściły to zmęczenie jednak dawało się we znaki. Do wioski, po całodniowym treku zeszliśmy dopiero około godziny 20.

Prawie 4200 metrów wysokości, 2400 m przewyższenia, i około 17h godzin treku i ponad 20 km w nogach. Jedyne o czym marzyliśmy po zejściu do auta to kąpiel i łóżko. Nie mieliśmy nawet chęci już na kolację. Ale główny szczyt zaliczony, i suma summarum jesteśmy z siebie zadowoleni, ze to zrobiliśmy!

Następny dzień to już podróż do Agadiru, z którego mieliśmy wylot. Popołudniowy chill na plaży przy piwku 0% (pierwszy browar, który dostaliśmy w Maroko) oraz ostatnia wspólna kolacja, na której podsumowaliśmy cały wyjazd oraz wszystkie przygody, które nas spotkały.

 

Maroko zostanie mi w pamięci na pewno na długi czas. Kilogramy Tajinów, tony zjedzonego chleba, litry wypitego soku ze świeżych pomarańczy oraz kilogramy zjedzonych mandarynek, które były tak dobre, że naprawdę można było je jeść kilogramami. Marokańczycy to bardzo miły i otwarty naród. Jedynie uciążliwe było straszne nagabywanie lokalsów, żeby tylko kupić coś od nich. Z minusów to również trzeba wspomnieć o licznych kontrolach policyjnych na drogach i próbowania wciśnięcia mandatów, nawet jeżeli się nie popełniło wykroczenia, tylko po to żeby wyciągnąć kasę od turystów. To akurat bardzo na minus, jednak byliśmy uprzedzeni o tym i przygotowani na to.

 

Wyjazd uważam za bardzo udany. A to też za sprawą całej ekipy, z którą nie było nudy, a śmiech towarzyszył nam na każdym kroku. Dzięki EKIPA!

Mateusz Gruchel

kontakt@mattfly.pl

+48 502 024 088

Rybnik

Skontaktuj się ze mną!

7 + 14 =