Indonezja
Podróżowanie daje mi poczucie wolności. Planowanie każdego tripa daje mi mega frajdę, wtedy czuję jak się napędzam do tego, aby zrobić coś fajnego, zobaczyć inny kawałek Świata, poznać inną kulturę, zasmakować innego jedzenia, przeżyć niezapomniane przygody.
Tajlandia, Bali, ogólnie cała Azja zawsze była, i nadal jest, w mojej TOPce. Od młodych lat jak oglądałem zdjęcia czy też filmy z Bali to było takie „WOOW, chce tam być, chcę to zobaczyć!”. No i byłem, zobaczyłem na własne oczy te słynne Bali.
Znalazłem dobrych kompanów do tej podroży, kupiliśmy bilety i zaczęliśmy planować. Co prawda wiedziałem, że Indonezja to nie tylko Bali, ale nie wiedziałem, że cały ten kraj jest aż tak wielki! Przeszukaliśmy prawie cały Internet by znaleźć najciekawsze miejsca do zobaczenia i stwierdziliśmy, że będziemy musieli z wielu rzeczy zrezygnować, bo 2 tygodnie to za mało, żeby zobaczyć wszystkie miejsca które sobie zapisaliśmy na Google Maps. Spośród wszystkich miejsc, które nas zaciekawiły niestety, żeby dojść do kompromisu, musieliśmy odpuścić sobie Jawę, na której mieliśmy zwiedzić stolicę kulturową Jawy – Jogyakarte, wejść o wschodzie słońca na wulkan Bromo, zobaczyć na własne oczy zjawiskowy wodospad Tumpak Sewu, oraz zobaczyć ciężko pracujących górników, którzy w nieludzkich warunkach transportują siarkę z krateru wulkanu Ijen, w którym znajduje się turkusowe jezioro siarkowe. Dużo miejsc odrzuciliśmy, ale w naszym wstępnym planie było Bali, Rajskie wysepki Gili, Park narodowy Komodo oraz jedna z największych metropolii świata -Jakarta.
No i stało się! Po kilkunastu godzinach podróży, w sumie 3 lotach, wylądowaliśmy na lotnisku w Denspasar na Bali. Moje podróżnicze marzenie z młodości się spełniło. Dotarłem na Bali! A to dopiero początek tego całego tripa pełnego przygód i mega wspomnień.
Pierwsze dwa dni spędziliśmy na południu Bali – w Kucie oraz Seminyaku.
Ta część Bali jest strasznie turystyczna, na każdym kroku coś Ci proponują, od taksówek, po pamiątki, aż po różne „imprezowe substancje”. Ten natłok turystów początkowo mnie zraził do Bali, bo tak jak słyszałem „Bali jest skomercjalizowane, jest przereklamowane”. W pierwszy dzień wynajęliśmy prywatnego kierowcę, który obwiózł nas po półwyspie Uluwatu – głównie plaże i świątynia Uluwatu, gdzie było mega dużo ludzi, ale chyba jeszcze więcej małp 😀 Wieczorem pierwsza imprezka na Bali, gdzie nie powiem, w Kucie mega dużo ludzi, zwłaszcza młodych osób, ale to właśnie za sprawą tego, imprezy tam zawsze są udane. Na drugi dzień zaliczyliśmy beach bar z basenami, drinkami i imprezą oraz imprezę na plaży, gdzie plaża była zapełniona w większości bawiącymi się ludźmi. Z jednej strony fajnie było zobaczyć takie imprezowe Bali, ale jednak nie tak sobie wyobrażałem od najmłodszych lat tą egzotyczną wyspę.
Na szczęście po tych 2 imprezowych dniach przenieśliśmy się do centralnego Bali, gdzie było już troszkę bardziej czuć tą egzotykę, czyli do Ubud. Mimo, że miasto nie leży nad wodą, tylko w środku wyspy, to ma swój klimat, który mi bardzo odpowiadał. Wypożyczyliśmy skutery, by być bardziej niezależnym i samemu oraz we własnym tempie zwiedzać. No i nie obyło się bez przygód. Przejechaliśmy może 5km na wypożyczonych skuterach i pierwsza kontrola policji. Zatrzymali nas przez to, że jechaliśmy w 3 osoby na jednym skuterze, co oficjalnie jest nie dozwolone, ale miejscowi sobie tak mogą jeździć. Jeszcze policjant powiedział, że popełniliśmy drugie wykroczenie oprócz jazdy we 3 – jazda na skuterze bez posiadania prawa jazdy kat. A – czyli na motor. Każdy wie, jak wygląda sprawa policji w krajach Azjatyckich, ale nie dało się Pana przekupić i dał nam mandat 1,2mln Rupii Indonezyjskich. Przyjęliśmy, bo inaczej nie oddał by nam kluczyków. I to jest najśmieszniejsze, że zapłaciliśmy policjantowi gotówką i oddał kluczyki i mogliśmy sobie dalej jechać 😀 Zobaczylismy kilka wodospadów, zjedliśmy w przydrożnych warungach i wracaliśmy po ciemku do Ubud, gdzie oświetlenie na drodze jak i w skuterku nie było na najwyższym poziomie, było wręcz znikome. Następnego dnia w planach mieliśmy północ Bali i ta część wyspy zaspokoiła moją podróżniczą wizję jak wygląda prawdziwe Bali. Po drodze mijaliśmy pełno świątyń, drogi były często lokalne, wioski biedne, typowo Balijskie, gdzie na ulicy dzieci się bawią, wszędzie soczysta zieleń i tarasy ryżowe oraz jedliśmy śmierdzącego Duriana. Jak ktoś myśli, że na Bali nie można zmarznąć to jest w błędzie. Jadąc przez północną część Bali, w wyższych rejonach musieliśmy się ubierać w bluzy/kurtki, bo było zimno. Celem był trekking przez dżunglę i się udało. Dotarliśmy do wioski, gdzie jedynymi turystami byliśmy my. Znaleźliśmy wejście do dżungli i przemierzaliśmy przez tropikalną dżunglę, aż do wodospadu Munduk. Północ Bali dla mnie jak najbardziej na plus, za to że nie ma tam takiego natłoku turystów jak na przykład na południu. Następną atrakcją jaką sobie zaplanowaliśmy było wejście na wulkan Batur o wschodzie słońca. 2 godziny wejścia na wulkan, ogarnęlibyśmy to szybciej, lecz niestety jest to kolejne miejsce w którym ludzi jest masa. Kolejka, a raczej sznur lamp oświetlających drogę na szczyt wulkanu była widoczna z dołu. Ale sam wschód słońca na górze zapierał dech w piersiach, mimo tylu ludzi po drodze jak i na górze to moment gdy słońce wyłaniało się zza chmur, a za chwilę znowu chowało, na pewno długo zostanie mi w pamięci.
Plan na miejscu zmieniał się dwa razy. Najpierw poznaliśmy parkę Polaków, którzy odradzili nam wyspy Gili z powodu masy ludzi, od której tak bardzo próbowaliśmy uciekać. Polecili nam wyspę Lombok, gdzie można bardziej poczuć jak żyją lokalsi, wejść do dżungli z lokalsem, który taranuje nam drogę maczetami. Ta wizja bardzo nam się spodobała, ale niestety musieliśmy z tego pomysłu zrezygnować z powodu logistyki, po prostu zabrakło by nam czasu. Więc prosto z wulkanu udaliśmy się do portu, skąd speedboat’em popłynęliśmy na Nusę Penidę. Na miejscu też popularne instaspoty oraz miejsca „must see”, ale ku naszemu zdziwieniu w większości miejsc było w miarę luźno, co bardzo na plus. Słynna Kelingking Beach czy Diamond beach – zaliczone. !!! Zjawiskowy zachód słońca na plaży, na której byliśmy sami – zaliczony. Ogólnie dla mnie Nusa Penida mega na plus, dużo wzniesień, strome zjazdy, co na skuterku daje mega fun. Drogi bardzo lokalne, gdzie jadąc przez środek wyspy wieczorem widzieliśmy jak lokalsi żyją w swoich domach, jak przygotowują ogniska dla rodziny czy też znajomych. Każdy po drodze był dla nas bardzo miły, każdy zawsze odpowiedział proste „Hi!”, „hello” czy też przybijali sobie z nami piątki. Wyspa nie jest duża, więc dwa dni na eksplorację były wystarczające.
Kolejny punkt na naszej liście to było Flores i Park Narodowy Komodo, czyli tam gdzie żyją „smoki z Komodo”.
Od razu po wyjściu na miasto w Labuan Bajo, czyli głównej bazie wypadowej do Parku Narodowego Komodo, było widać zupełnie inną, biedniejszą Indonezję. Mega dużo lokalsów, już nie hinduizm Balijski, a przewaga hinduizmu, gdzie muzułmanów było znaczna przewaga, a codziennie w całym mieście było słychać głośne nawoływania dochodzące z meczetu. Labuan Bajo to miejsce wypadowe na Komodo, ale zupełnie nie było czuć jakiejś wielkiej komercji z tego powodu, wręcz przeciwnie, było na prawdę bardzo lokalnie. Znaleźliśmy jedna z lepszych knajpek w Labuan, gdzie można było dobrze zjeść i wypić piwko czy też drinka nad basenem o zachodzie słońca. Znów wynajęliśmy skuter i zaczęliśmy eksplorować okolice Labuan Bajo. Stan dróg nienajlepszy, i w sumie w okolicy nie było za dużo do zobaczenia, a mieliśmy za mało czasu na zapuszczanie się w głąb wyspy. Oddalając się od miasta jechaliśmy lokalnym drogami, często przez różne lasy, mijając lokalne wioski i klimatyczne domki, gdzie życie płynie chyba troszkę wolniej. Znaleźliśmy fajną atrakcję dla nas – trekking przez dżunglę do kanionu, który w porze deszczowej jest cały zalany, a my mieliśmy szanse troszkę nim przejść i okąpać się w rzece która tam płynęła. Następny dzień to już rozpoczęcie dwu dniowej wycieczki na statku. To było na górze naszej listy do odhaczenia. Lokalne wysepki, gdzie dzieci (wyglądały na takie co od niedawna umieją chodzić, bawią się troszkę inaczej niż w Polsce, bawią się na morzu na SUP-ach, czyli na deskach do Windsurfingu, ale bez żagla). Zachód słońca na łódce na morzu w okolicach wyspy Padar to chyba najpiękniejszy zachód słońca jaki widziałem w swoim życiu na oczy, kolory tysiąc razy intensywniejsze, niż na przykład w czasie zachodu w Polsce. Zapiera dech w piersiach. Na statku, podstawowym składnikiem posiłku, w sumie jak w całej Indonezji, był ryż. Śniadanie – ryż, obiad – ryż, kolacja – ryż, no dobra, na podwieczorek były smażone banany. Rano szybka pobudka, i wejście o wschodzie słońca na wyspę Padar, kolejny znany widok z różnego typu przewodników, artykułów czy po prostu postów o tematyce Indonezji, co w niej zobaczyć. Widok z którego widać 3 zatoki, a w każdej jest inny kolor piasku na plaży, znów zapiera dech w piersiach, mimo masy ludzi (znów, ale po takich czasie w Indonezji zdążyliśmy już przywyknąć), więc żeby wyszła dobra fotka bez ludzi w tle to raczej niemożliwe, chyba że w post produkcji zdjęcia w Photoshopie. Następny przystanek to wyspa Komodo, czyli jedna z 4 wysp na której żyją największe jaszczurki świata. Byliśmy tam w same południe, czyli o takiej porze dnia w której jest najcieplej i wszystkie warany chowają się przed upałem. Trochę średnio z ich strony, że w takim momencie nas tam zabrali, bo jednak mega przeżyciem było by spotkać, chodząc specjalnie przygotowaną ścieżką dla turystów, dziko chodzącego warana. Fakt, że są śmiertelnie niebezpiecznie, bo największe osobniki osiągają około 3 metry długości, a jad, który mają w swojej ślinie, zabija ofiarę w krótkim czasie. Pink beach też zaliczony, i nawet nie było aż tak bardzo tłoczno na tej małej wysepce. Na sam koniec punkt wycieczki, który również zrobił na mnie duże wrażenie, bo popłynęliśmy na Manta Point, czyli w miejsce gdzie występują płaszczki. Szybka ewakuacja ze statku, znalezienie płaszczki i do wody. Pływaliśmy z tą płaszczkom kilka minut, ale nigdy nie myślałem, że płaszczki są aż tak ogromne. Zawsze miałem w głowie te płaszczki, które się widziało gdzieś w zoo czy w afrykanarium, a te dziko żyjące są kilkukrotnie większe! Został nam jeden dzień wolny na wyspie, więc nie mogliśmy go zmarnować. Wynajęliśmy sobie prywatną łódkę i popłynęliśmy na dwie bezludne wysepki. Na obydwóch byliśmy tam praktycznie sami, kolor wody – oszałamiający, taki jak sobie to wyobrażałem, że będzie w Indonezji. Woda kryształ, a życie podwodne tak kolorowe, że na snurkowaniu w tym dniu chyba spędziłem z 3 godziny. Rafy koralowe nie do opisania. Cały ten dzień na tych wysepkach, ten chill, to było to czego potrzebowaliśmy po praktycznie dwóch tygodniach aktywnego zwiedzania Indonezji.
Na sam koniec została nam Jakarta. Miasto, a w sumie druga największa aglomeracja świata z ponad 30 milionami mieszkańców. Planując całą tą podróż, wszędzie odradzali Jakartę, że to syf, kiła i mogiła, że po prostu nie warto odwiedzać to miasto. Lecąc z Flores do Jakarty, już z samolotu było widać jaka wielkie jest to miasto, w sumie cała ta aglomeracja. Lotnisko znajduje się na obrzeżach miasta, ponad 30km od centrum, a przez ruch jaki panuje tam na drodze to jechaliśmy te 30km ponad 1,5 godziny. No cóż, byliśmy na to przygotowani. Szczerze mówiąc, jazda grabem (ichniejszy Uber) to była atrakcja sama w sobie, ogromny ruch i jeszcze większe korki. Nieraz na drodze były takie dziury, że jakby auto wjechało w taką jednym kołem to zostanie w niej, po prostu zawiśnie. Wiec jeżdżąc po Jakarcie oczy trzeba mieć ciągle szeroko otwarte. Sama Jakarta sama w sobie nie ma do zaoferowania za dużo. Na każdym kroku widać biedę jaka tam jest, jak bardzo skromnie żyją ludzie, ale z drugiej strony widać po nich było, że są to mega szczęśliwi ludzie, że doceniają to co mają, każdy się uśmiechał, przechodząc koło nich każdy próbował coś do nas powiedzieć, jakoś zagadać lub tylko pomachać, bo niestety lokalsi w Jakarcie angielskiego nie znają. Bieda tam to jedno, a śmieci to drugi ich problem. Niestety na drodze, na chodnikach były miejsca gdzie było ładnie, czysto, ale więcej chyba było zaśmieconych miejsc. Jakarte atakowaliśmy na dwa razy, pierwszy od razu po przylocie do niej, wieczorem gdzie chwile pokropiło i było przyjemnie, ale na drugi dzień pojechaliśmy do centrum już z samego rana, gdzie wilgoć, wysoka temperatura, zabudowania dawały nam w kość. Stolica Indonezji odhaczona. Czy bym polecał? Hmmm, to zależy, jeżeli lądujemy w Jakarcie to warto już zobaczyć trochę tej stolicy, ale specjalnie tam się wybierać to już nie bardzo. Jakarta jest na tyle specyficznym miastem, że nie każdemu się spodoba. Jakartę trzeba poczuć, być tam, przejść się bocznymi uliczkami, zobaczyć jak żyją lokalsi i w jakiej biedocie, ale przy okazji poczuć jacy oni są szczęśliwi, jak się nie przejmują tym jak żyją. Jakartę albo się pokocha albo znienawidzi.























































