Jordania

Wadi Rum, kaniony, Petra, morze Martwe, gościnność oraz gwar. 

Wadi Rum, kaniony, Petra, morze Martwe, gościnność oraz gwar. 
Z tym kojarzy mi się Jordania.

Wyjazd do Jordanii wyszedł tak na prawdę bardzo spontanicznie, bo nie miałem w planach w ogóle odwiedzenia tego kraju w 2022 roku, ale będąc na miejscu, przejechaliśmy przez cały kraj i się w nim zauroczyłem! Ale zacznijmy od początku.

Lot do stolicy – Ammanu, szybkie odebranie auta i ruszyliśmy w drogę na południe kraju, a dokładnie na pustynię Wadi Rum. Nocleg mieliśmy zarezerwowany w campie na samej pustyni. Odebrał nas właściciel naszego campu – sympatyczny Beduin. Na pustyni znaleźliśmy się co prawda dopiero pod wieczór, ale pierwszy zachód słońca zaliczony! I to na pustyni, która w świetle zachodzącego słońca wyglądała obłędnie. Następnie tradycyjna beduińska kolacja i wieczór pod gołym, rozgwieżdżonym niebem, na którym było widać miliony gwiazd. Świetne przeżycie, które polecam każdemu. Jest to niezwykłe, ponieważ na pustyni nie było niepotrzebnych świateł dochodzących z pobliskich miast. Po prostu cisza, miliony gwiazd i nasza wyjazdowa czwórka. 

Następny dzień. Wschód słońca i w południe ruszyliśmy na eksplorację pustyni z naszym Beduinem. Wielkość tej pustyni zrobiła na mnie niewyobrażalne wrażenie, oczywiście pozytywne, oraz zachód słońca w super miejscówce z dala od ludzi, na którą nas wziął nas super kierowca bombowca Beduin. 



Po całym dniu na pustyni skierowaliśmy się do Akaby, miejscowości nad zatoką Akaba, z której można było dostrzec leżące nad zatoką pobliskie Izlaelskie Ejlat, Egipską Tabę oraz Saudyjskie miasto Haki. Po nocy pełnej przygód związanej z pokojem hotelowym, następny dzień postawiliśmy na chill nad Morzem Czerwonym. I to była najlepsza opcja, bo zwiedzanie w prawie 40 stopniowym upale to nie byłoby nic przyjemnego. Po całym dniu przemieściliśmy się do następnego miasteczka bazowego Wadi Musa, z którego jest rzut beretem do Petry, miasta Nabatejczyków, uznanego za jeden z 7 cudów świata. Petrę dużo osób może kojarzyć np. z filmu „Indiana Jones i ostatnia krucjata”. Z powodu niezaplanowanych przygód z dzikim kotem, który za cel obrał sobie Olę, rozbiliśmy zwiedzanie Petry na dwa razy (ten pomysł po przygodach z kotem, podsunął nam Paweł, którego spotkaliśmy w Petrze (okazało się również, że Paweł był kiedyś na prelekcji, którą prowadziła Ola))  Starożytne miasto wykute w skale, zrobiło na nas wielkie wrażenie, przez cały dzień zwiedzaliśmy te miejsce (swoją drogą bardzo rozległe) i byliśmy pod mega zachwytem, że kiedyś ludzie umieli stworzyć takie rzeczy bez użycia różnego typu maszyn. Przez to, że rozbiliśmy zwiedzanie na dwa etapy to pod główny grobowiec – klasztor Al-Dajr dotarliśmy przed zachodem słońca i byliśmy tam zupełnie sami. Dzień pełen przygód.

Następny dzień to i następne przygody. Rano ruszyliśmy w droge do kanionu Wadi Ghuweir’a, ale po drodze wstąpiliśmy jeszcze do zamku Al Shoubak. Kaniony w Jordanii to coś pięknego. Zrobiliśmy w ten dzień w sumie podwójną długość tego kanionu, bo okazało się, że początkowo poszliśmy w złą stronę i musieliśmy się wracać w prawie 40 stopniowym upale. Ale fakt, że droga do kanionu była bardzo słabo oznakowana, a internet w miejscu parkowania samochodu praktycznie nie działał. Jako że byliśmy w okresie Ramadanu (okres w którym muzułmanie od świtu do zachodu nie spożywają posiłków ani nie piją) to przytrafiła nam się bardzo miła sytuacja. Wieczorem dojechaliśmy do bardzo małej wioski Dana, w której chcieliśmy coś zjeść. Niestety knajpki były już pozamykane, to przechodząc obok otwartego lokalu, gdzie widzieliśmy, że w środku jest przygotowany duży stół z talerzami oraz jedzeniem, lokalsi, którzy stali przed wejściem zaprosili nas do środku, żebyśmy zjedli posiłek z nimi, bo było już chwilkę po zachodzie słońca, czyli Muzłumanie mogli już spożyć posiłek. Było to bardzo miłe, ale stwierdziliśmy, że nie będziemy się narzucać i wyjadać im jedzenia, bo my przez cały dzień, w przeciwieństwie do nich, coś jedliśmy. Tego samego dnia, robiliśmy szybkie zakupy w lokalnym sklepiku i zagadał do nas starszy pan i powiedział nam, że jest właścicielem najmniejszego hotelu na świecie. Sprawdziliśmy ta informacje w internecie i okazało się to prawdą. Takie miłe zakończenie tego aktywnego dnia. 

Następny dzień to kierunek Madaba, ale po drodze zahaczyliśmy jeszcze o morze Martwe. To obowiązkowy punkt wycieczki do Jordanii. Uczucie pływania w wodzie, w której nie da się utopić jest tak niewyobrażalne, a zarazem śmieszne, że ciężko w to uwierzyć jak się nie spróbowało kąpieli w tej wodzie. Niestety było grubo ponad 40  stopni Celcjusza, wszystkim padały telefony z przegrzania, więc ciężko też było tam długo wysiedzieć na „plaży” bo upał doskwierał każdemu. Kąpiel w najbardziej zasolonym zbiorniku wodnym na świecie oraz w największej depresji na świecie zaliczona. Następnie zwiedzanie Madaby i knajpka z najlepszym hummusem jaki jedliśmy w Jordanii.



Ostatni dzień to szybka wizyta w szpitalu i na komisariacie policji (związane z akcją Oli z kotem) i ruszyliśmy do stolicy – Ammanu. 

Amman. Dla mnie osobiście super przeżycie, cały ten gwar jaki tam panował wieczorem, pełno lokalsów oraz bardzo głośne nawoływania do modlitwy powodowały, że cały ten klimat Ammanu i bliskiego wschodu pozostał mi w pamięci i pozostawił pozytywne wspomnienia. Udało nam się nawet zjeść w najbardziej popularnej oraz bardzo specyficznej lokalnej knajpie, do której zawsze są tłumy ludzi w kolejce. 



Podsumowując, Jordania mnie zauroczyła w 100%. Natura, bardzo przyjaźni i chętni do pomocy ludzie oraz gwar Bliskiego Wschodu. Taka była dla nas Jordania.

Mateusz Gruchel

kontakt@mattfly.pl

+48 502 024 088

Rybnik

Skontaktuj się ze mną!

8 + 10 =